Od 1962 roku Jan Jarczyk współtworzył – wraz z Janem Gonciarczykiem (kontrabas) i Januszem Stefańskim (perkusja) – kwartet Zbigniewa Seiferta. Cała czwórka poznała się w krakowskim Liceum Muzycznym im. Fryderyka Chopina, w eksperymentalnej klasie jazzu prowadzonej przez legendarnego Alojzego Thomysa. To właśnie tam zawiązała się formacja, która wkrótce miała stać się jedną z najważniejszych wizytówek krakowskiej sceny awangardowej.
Seifert, zanim ostatecznie poświęcił się skrzypcom, uchodził za niezwykle obiecującego saksofonistę altowego, pozostającego pod silnym wpływem Johna Coltrane’a oraz Zbigniewa Namysłowskiego. Od początku działalności kwartet wyróżniał się bezkompromisową postawą artystyczną. Muzycy konsekwentnie przełamywali stereotypy, systematycznie doskonalili warsztat i rozwijali własny język muzyczny. Sięgali do standardów, jednak coraz wyraźniej koncentrowali się na kompozycjach autorskich, budując indywidualne, nowoczesne brzmienie zespołu.
Oficjalny debiut kwartetu miał miejsce w listopadzie 1965 roku podczas krakowskich Zaduszek Jazzowych. Występ w klubie Krzysztofory, gdzie odbywały się festiwalowe jam sessions, został entuzjastycznie przyjęty. Andrzej Jaroszewski określił go jako „zapowiedź nowej generacji muzycznej, debiut formacji grającej jazz nowoczesny”. W folderze festiwalowym podkreślano natomiast, że zespół zaprezentował „próbę rzetelnego jazzu nowoczesnego”, szczególnie w interpretacjach repertuaru McCoya Tynera.
W kolejnych latach kwartet ugruntował swoją pozycję na krajowej scenie. Podczas festiwalu Jazz nad Odrą w 1968 roku zajął II miejsce, natomiast rok później zdobył I nagrodę w kategorii zespołów nowoczesnych. Janusz Stefański otrzymał wówczas również wyróżnienie w kategorii solistów, a Jan Jarczyk – prywatną nagrodę jurorów: Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego, Andrzeja Trzaskowskiego i Włodzimierza Nahornego.
Sukcesy te otworzyły zespołowi drogę na Jazz Jamboree w latach 1969 i 1970. Dwa nagrania zarejestrowane podczas edycji 1969 – „Złudzenie (Illusion)” oraz „Taniec Garbusa (Hunchback’s Dance)” – ukazały się w 1970 roku na składance „New Faces in Polish Jazz”. Jak się później okazało, był to przez wiele lat jedyny fonograficzny ślad działalności zespołu z tamtego okresu. Kwartet nigdy nie nagrał autorskiego albumu w prestiżowej serii Polish Jazz ani nie zrealizował studyjnych nagrań dla Polskiego Radia.
Muzycy wspominali po latach: „W Krakowie najczęściej grywaliśmy ‘Pod Baranami’. Panowała opinia, że jako kwartet zmieniliśmy oblicze jazzu. Niestety, nigdy nie nagraliśmy płyty, ponieważ nikt z nas nie poszedł do Polskich Nagrań z propozycją, by to zrobić. Mieliśmy świadomość, że jeszcze tyle mamy do zrobienia. Graliśmy dość często, dużo jeździliśmy po Polsce”.
Dopiero 31 maja 2010 roku, czterdzieści lat po rozwiązaniu formacji, nakładem Gad Records ukazał się album „Nora”, zawierający archiwalne nagrania z festiwali Jazz nad Odrą 1969 oraz Jazz Jamboree 1969 i 1970. Obok interpretacji standardów znalazły się na nim pierwsze autorskie kompozycje Seiferta i Jarczyka. Utwór „Nora” przyczynił się do zwycięstwa zespołu na Jazz nad Odrą w 1969 roku. Płyta stanowi skrótową, lecz bezcenną dokumentację działalności kwartetu – jedyny tak obszerny zapis jego artystycznej tożsamości.
Formacja zakończyła działalność jesienią 1970 roku. Zobowiązania lidera oraz Janusza Stefańskiego wobec kwintetu Tomasza Stańki uniemożliwiły dalsze równoległe funkcjonowanie w dwóch projektach. Rozwiązanie zespołu zamknęło ważny rozdział w historii krakowskiego jazzu, pozostawiając po sobie legendę grupy, która – mimo krótkiego istnienia – wywarła znaczący wpływ na kształt polskiej muzyki improwizowanej końca lat sześćdziesiątych.
***
W wywiadzie, który ukazał się w „Liscie ocanicznym”, dodatku kulturalnym „Gazety” z Toronto, w kwietniu 2003 r. Jan Jarczyk mówił tak:
Joanna Sokołowska-Gwizdka – Jak wyglądały zatem początki jazzu w Polsce?
Jan Jarczyk – W tamtych czasach stawiano na indywidualność. Myślę, że jeśli człowiek ma talent, to znajdzie swoją ścieżkę. Ja miałem 14 lat, a Zbyszek Seifert 15, gdy zaczęliśmy razem grać jazz. Myśleliśmy o tym, znajdowaliśmy nuty, spisywaliśmy co się dało i skąd się dało, choć płyt wówczas nie było. Np. ktoś nam puszczał płytę tylko raz, a my ze Zbyszkiem odpisywaliśmy i funkcje, i melodie w czasie trwania tej muzyki, bo właściciel płyty zapowiedział, że tylko raz ją puści, bo drugi raz, to mu się płyta zniszczy. Tak to było. Nie było żadnych materiałów. Gdy pojawił się przedruk z Suprafonu płyty Milesa Davisa, to płyta zniknęła ze sklepu muzycznego w Krakowie w pół godziny. Było jej może tylko 100 egzemplarzy. Tak więc chłonność tego rodzaju muzyki była szalona. Gdy wyszły płyty z Waynem Shorterem, też zniknęły błyskawicznie. W 1967 roku przyjechał do Warszawy Charles Lloyd. Każdy taki koncert, czy zdobyta płyta, były dla nas bardzo cenne. Byliśmy częścią tej generacji, którą łączyło podobne podejście do tematu – szukanie odpowiedzi na różne pytania, analizowanie, wymyślanie. Jeździliśmy na Jazz Jambory, nie mieliśmy gdzie spać, to przechowywaliśmy się kątem gdzieś u kolegi. To był szalony wysiłek, ale my byliśmy uparci. I wszyscy nabraliśmy tężyzny muzycznej.