„To and Fro” – tytuł tej płyty można przetłumaczyć jako „tam i z powrotem”, ruch wahadłowy, nieustanne przemieszczanie się między dwoma punktami. To określenie sugeruje zarówno fizyczną podróż, jak i stan zawieszenia – między krajami, estetykami, emocjami. W przypadku Jana Jarczyka brzmi to szczególnie symbolicznie: album powstał w czasie, gdy artysta był już w drodze – między Polską, Skandynawią i Ameryką, między jazzem europejskim a idiomem brazylijskim, między doświadczeniem emigranta a dojrzałością kompozytora.

O tej niezwykłej, niedocenionej płycie pisze Krzysztof Michalak:

"Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca", miał zarapować kilkanaście lat później Kazik Staszewski. Ale w roku 1981, jakby na przekór tej obiegowej opinii o naszym charakterze narodowym i na przekór napiętej sytuacji politycznej w kraju, zespół Jana Jarczyka nagrał w szwedzkim studio zwiewny, słoneczny album, który swą lekkością odsyłał raczej do klasyków brazylijskiego jazzu, niż do polskiej tradycji fusion. Jarczyk był już wtedy doświadczonym muzykiem, mającym na koncie współpracę m.in. z Seifertem, Namysłowskim, Nahornym, Ptaszynem i Stańką, więc o prostym kopiowaniu patentów bossa novy nie mogło być mowy, ale każdy z utworów zawartych na To and Fro emanuje tą specyficzną pogodą ducha i niezwykłą harmonią emocji, znaną z nagrań Stana Getza czy Joao Gilberto. Nawet w melancholijnym kawałku poświęconym pamięci Seiferta, drużyna Jarczyka nie uderza w żałobne tony, tylko zdaje się po prostu mówić "Dzięki, że byłeś". Sam Jarczyk zmarł niedawno, nieco zapomniany, w odległym Montrealu, więc teraz chyba nasza kolej, żeby mu podziękować, że był, bo To and Fro to kompletnie niedoceniona perełka polskiej fonografii. – Krzysztof Michalak

Wideo