fot. Jan Rolke

 

MUZYKA ROZRYWKOWA

Choć Zbigniew Wegehaupt kojarzony jest przede wszystkim z jazzem, jego aktywność studyjna wykraczała daleko poza ten gatunek. Był cenionym muzykiem sesyjnym, zapraszanym do projektów artystów reprezentujących różne nurty polskiej sceny muzycznej. W 1992 roku uczestniczył w nagraniu albumu Obywatel świata projektu Obywatel G.C. – jednego z najważniejszych wydawnictw w dorobku Grzegorza Ciechowskiego.

W 1995 roku wziął udział w realizacji albumu Marysia Biesiadna Maryli Rodowicz, pokazując swoją elastyczność stylistyczną i umiejętność odnalezienia się w repertuarze popularnym. Rok później współtworzył brzmienie płyty Dziewczyna Szamana Justyny Steczkowskiej – jednego z najbardziej charakterystycznych i nastrojowych albumów lat 90., gdzie subtelna, przestrzenna praca sekcji rytmicznej miała istotne znaczenie dla klimatu całości.

W 2001 roku pojawił się także na albumie Intymnie Ryszarda Rynkowskiego, nagranym z udziałem wybitnych muzyków jazzowych. Wegehaupt wnosił do tych projektów nie tylko precyzję i doświadczenie, lecz przede wszystkim charakterystyczną muzykalność i brzmienie kontrabasu, które potrafiło nadać nawet piosence popowej głębię i szlachetność właściwą jazzowej estetyce.

MUZYKA WSPÓŁCZESNA


Wspomnienie Aleksandra Gabrysia o Zbigniewie Wegehaupcie:

Jak się poznaliśmy i jak doszło do współpracy?
Poznaliśmy się na międzynarodowym festiwalu kontrabasowym w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. To było niezwykłe miejsce spotkania: szerokie spektrum kontrabasistów z bardzo różnych obszarów sceny muzycznej - i wśród nich my dwaj. Szybko okazało się, że choć Zbyszek był ode mnie starszy rocznikowo, łączyło nas bardzo silne ogniwo: obaj stawialiśmy pierwsze, fundamentalne kroki na kontrabasie pod okiem tego samego mistrza - wybitnego muzyka, erudyty i dowcipnisia, profesora Bazylego Matysiaka. Profesor nie żył już w momencie naszego spotkania, ale jego „iskra” była w nas obu wciąż żywa. Już przy pierwszej rozmowie - która bardzo szybko przeciągnęła się do całej nocy przy wódce, wspomnieniach, anegdotach i nowych ideach - było jasne, że mimo różnych dróg i miast, z których przyjechaliśmy do Wrocławia, bardzo chcemy razem być i grać. Zbyszek był nocnym markiem - a efektem tego były kilometrowe rozmowy na dziś już nieistniejącym Skype’ie. W tamtym czasie byłem świeżo po ukończeniu dyplomu solisty w Akademii Muzycznej w Bazylei, po wykonaniu koncertu Witolda Szalonka z NOSPR. Dziś, po latach, zauważyłem, że paczka wyjątkowo mocnego fajkowego tytoniu Zbyszka wciąż leży w pudełku pod moim biurkiem. 

Współpraca, lata, miejsca 
Zbyszek za każdym razem, gdy był w Katowicach i gdy ja tam byłem, a także gdy spotykaliśmy się w Warszawie przy okazji moich występów, okazywał ogromną życzliwość i wdzięczność wobec moich Rodziców. Z ogromnym wzruszeniem wspominał, że mój Tata zaliczył mu kiedyś egzamin na studiach - wracał do tego niemal ze łzami w oczach. Naszym naturalnym miejscem spotkań był „Karłowicz” - szkoła muzyczna, w której obaj się uczyliśmy - a szczególnie dawna klasa kontrabasu nr 418 na czwartym piętrze, legendarna sala profesora Matysiaka. Czasem przenosiliśmy się do auli szkoły, słynnej sali nr 101. Tam improwizowaliśmy - swobodnie, bez założeń stylistycznych, podążając za wszelkimi możliwymi inspiracjami i pragnieniami kontrabasowymi. Dla mnie takie poszerzanie granic było czymś naturalnym - podobnie pracowałem wcześniej m.in. z kompozytorem Zbigniewem Karkowskim czy w Bazylei z Davidem Sinclaire’em, specjalistą od Violone. U Zbyszka jednak szczególną rolę odgrywały trzy czynniki: sentyment do moich Rodziców, głęboka więź z naszym wspólnym Profesorem oraz autentyczna, bezinteresowna ludzka życzliwość. To ciepło było słyszalne również w jego dźwięku - w sposobie, w jaki wybierał i prowadził swoje basowe linie. Publicznie wystąpiliśmy razem tylko raz - ale był to występ wyjątkowy. 

Repertuar i materiał wideo 
Na galowym koncercie z okazji 65-lecia Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. M. Karłowicza w Katowicach, który odbył się w pełnej sali koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach, wykonaliśmy fenomenalny utwór Witolda Szalonka „1+1+1+1”. Ten utwór - przeznaczony na skład od jednego do czterech wykonawców - był dla mnie szczególnie ważny. Byłem pierwszym kontrabasistą, który zaproponował autorowi wykonanie go na kontrabas solo, nagrywając wcześniej trzy pozostałe partie na analogowym, 16-śladowym magnetofonie. Zapach taśmy z tego magnetofonu radiowego pamiętam i dziś! W auli im. Bolesława Szabelskiego, podczas prawykonania, obecni byli m.in. sam Szalonek oraz Henryk Mikołaj Górecki. Kiedy improwizowaliśmy później ze Zbyszkiem na dwa kontrabasy, naturalnie pojawiały się rozmowy o Xenakisie, Scelsim - i o Szalonku, który był dla mnie wówczas osobistym „mega-hitem” na scenie muzyki nowej. Nagranie naszego wspólnego występu jest dostępne na YouTube (w dwóch częściach). (Jak najbardziej wyrażam zgodę na wykorzystanie linku w e-publikacji - traktuję ten materiał jako ważny dokument chwili.) 

Czy planowaliśmy nagranie płyty? 
Tak - planowaliśmy kontynuację naszych poszukiwań w duecie na „extended double bass”. Myśleliśmy o dalszych spotkaniach i nagraniach. Niestety, niedługo później Zbyszek zmarł i te plany pozostały w sferze niespełnionej możliwości. 

Kim był dla mnie Zbyszek — jako muzyk i jako człowiek 
Zbyszek był niezwykle skromnym muzykiem, a jednocześnie kimś o „high-endowej” dbałości o harmoniczny sens. Miał ogromną wrażliwość na piękno muzyki i rzadką zdolność otwarcia się nawet na coś zupełnie przeciwnego wobec własnego, naturalnego sposobu postrzegania. To cecha, która pozwala muzykowi - i człowiekowi - na niekończący się rozwój, ad infinitum. Był serdeczny, uważny, lojalny. Jego ciepło ludzkie było prawdziwe, bezinteresowne - i przenosiło się wprost na dźwięk.

Klasyka i jazz: Gulda – Jazz cello concerto - Filharmonia Pomorska 

Wideo