fot. Marek Rokoszewski

ZBIGNIEW WEGEHAUPT: 9.08.1954, Katowice —13.01.2012, Warszawa
Muzyk wybitny, osobowość nietuzinkowa. Wegehaupt miał słuch absolutny, a co za tym idzie – nieskazitelną intonację. Z tego powodu był zapraszany przez wielu artystów – Wege, jak nazywano go w środowisku, gwarantował najwyższy poziom muzyczny. „Wege to inna liga” – mówił Tomasz Stańko.

Wegehaupt współpracował z niemal wszystkimi najważniejszymi postaciami polskiego jazzu kolejnych dekad. Pierwsze znaczące sukcesy odnosił już w połowie lat 70., grając w Kwartecie Wojciech Gogolewskiego. W kolejnych latach współpracował m.in. z Janem Ptaszynem Wróblewskim, Zbigniewem Seifertem, Tomaszem Stańko, Januszem Muniakiem, Andrzejem Kurylewiczem, Zbigniewem Namysłowskim, Wojciechem Karolakiem, Januszem Skowronem, Włodkiem Pawlikiem, Henrykiem Miśkiewiczem, Krzesimirem Dębskim i wieloma innymi.

Przez wiele lat uczył w szkole muzycznej na Bednarskiej – zarówno kontrabasu, jak prowadził zajęcia z zespołów kameralnych. Nauczanie traktował to jak misję. Nauka w „systemie Wege” wymagała cierpliwości i determinacji. Nie pozwalał grać dalej, dopóki ręka nie była ustawiona idealnie; powtarzał te same uwagi jak mantrę i nie dopuszczał przejścia dalej, dopóki dany element nie był opanowany w stu procentach. Dla tych, którzy wytrwali, ta szkoła była bezcenna i procentuje do dziś.

Zbyszek był człowiekiem pogodnym, choć miał cechy charakteru, które dla wielu mogły być trudne do zaakceptowania. Był uparty, zasadniczy – zwłaszcza w sprawach muzycznych. Zbyszek Wegehaupt był flegmatyczny, a czas zdawał się mieć dla niego inny wymiar. Dziś powiedzielibyśmy zapewne, że mógł funkcjonować częściowo w spektrum autyzmu. Był także człowiekiem głęboko wierzącym, bogobojnym.

Cichy i skromny – bardzo skromny. Zbyszek lubił siedzieć sobie w rogu sali w klubie Tygmont, paląc fajkę i uważnie słuchając. Rzadko się denerwował, ale jeśli ktoś doprowadził go do granic cierpliwości, potrafił być bezkompromisowy. Najczęściej spierał się ze swoim przyjacielem Janusz Skowronem – niemal zawsze o muzykę.

W życiu Zbyszka istniały dwie silne pasje: muzyka oraz – niestety – alkohol. Zatracenie się w muzyce było twórcze i budujące; w drugim nałogu – destrukcyjne. Jego przyjaciel Wojciech Kwapisz mówił: „Zbysiu, przy tym trybie życia nie mógł żyć dłużej – pił, palił i w ogóle się nie ruszał”, choć warto dodać, że w młodości odnosił sukcesy sportowe w pływaniu.

Trudno znaleźć kogoś, kto Wegehaupta nie cenił. Bywał wymagający i irytujący, ale jego muzycznych dokonań nie sposób było podważyć. Szacunek w środowisku miał bezdyskusyjny.

Wideo