Koncert z okazji 25-lecia PWM, 18.09.1970, Muzeum Narodowe
Janusz Stefański urodził się w Krakowie. Studiował grę na perkusji i fortepianie w tamtejszej Wyższej Szkole Muzycznej. Obronił dyplom w 1972. Koncert magisterski, podczas którego wykonał m.in. skomponowane przez Krystynę Moszumańską-Nazar "Etiudy na perkusję solo", odbył się 19 listopada 1972 r. w Filharmonii Krakowskiej.
Jeszcze podczas studiów Stefański brał udział w koncertach krakowskiego Zespołu MW2, m.in. podczas Warszawskiej Jesieni.
Jego wczesnymi idolami byli amerykańscy perkusiści - Elvin Jones i Jack DeJohnette.
Jazz Forum 66 4/1980: Janusz pochodzi z rodziny o muzycznych tradycjach. Skrzypkami-amatorami byli jego dziadek i ojciec. Matka przed wojną studiowała w konserwatorium w klasie fortepianu. Na początku lat 50-tych (Stefański urodził się w 1946 r.) zaczął uczęszczać do Studium Eksperymentalnego w Krakowie. Jest to szkoła średnia w Polsce przyjmująca uczniów do trzeciego roku życia i uczy metodą beznutową aż do czasu, gdy dorosną.
— Wysoko oceniam poziom tej szkoły. Pedagodzy podchodzili niezwykle rzetelnie do swej pracy i dbali o to, by nauka była przemyślana, a nie ciężkim obowiązkiem. Pamiętam, że niecierpliwie czekałem na każdą lekcję.
Fortepianu uczyła go Wanda Szajowska; były też zajęcia z chóru i rytmiki. Te ostatnie szczególnie lubił przez Janusza. Jeśli na dorocznym koncercie szkolnym trzeba było grać na dziecinnych bębenkach, wiadomo było, że zajmie się tym Janusz.
Już w Studium zdarzało mu się zakosztować zakazanego wówczas w Polsce owocu jazzu; pod "zgubnym" wpływem starszej koleżanki próbuje grać boogie-woogie.
W średniej szkole muzycznej przy ul. Warszawskiej Stefański styka się ze starszymi kolegami, których wpływ jest jeszcze bardziej "zgubny" – są to już muzycy „wtajemniczeni”; osłuchani, potrafią to grać. Janusz postanawia zostać perkusistą, niestety ma fatalnego nauczyciela.
Palił się cygaro, a w tym czasie my musieliśmy przez 40 minut ćwiczyć tremolo. Ręce mdlały. Po takiej lekcji wychodziłem z kacem. W dodatku nauczyciel mnie kompromitował – wciąż trzymał pałeczki w dłoni ustawionej płaszczyzną prostopadle do podłogi; przy takim ustawieniu ruch pałeczki jest bardzo ograniczony. Długo musiałem się tego oduczać. Zresztą nauczanie w naszych klasach perkusji jest w ogóle okropnie zacofane. W USA uczy się nie tylko innego trzymania pałeczek. Uczy się grania z ramienia, całą ręką, a nie z przegubu. Wtedy możliwości dynamiczne są o wiele większe. Jeff Hamilton z zespołu L.A. Four mówił mi, że przez wiele miesięcy miał zalecane specjalne ćwiczenia fizyczne, których celem było rozluźnienie ciała i wzmocnienie fizyczne. Były to ćwiczenia niemal baletowe. Komu by w naszych szkołach przyszło coś podobnego do głowy?…
Po dwóch latach Stefański przeniósł się do Liceum Muzycznego im. F. Chopina przy ul. Basztowej. Nikt tam nie tępił jazzowych zainteresowań (zresztą okres banicji jazzu w Polsce już się kończył); wykładowca literatury muzycznej Janusz Mroczek miał na nielicznych wówczas płytotek jazzowych i podsuwał uczniom Rollinsa, Parkera, Monka. Alojzy Thomys zauważył, że w Liceum jest kilku obiecujących muzyków o jazzowym zacięciu - Stefański, Jarczyk, Gonciarczyk, Seifert – doprowadził do utworzenia klasy jazzu, pierwszej w polskim, a może i europejskim średnim szkolnictwie muzycznym. W 1965 r. cała szkoła wyjechała na wycieczkę… na Jazz Jamboree do Warszawy – rzecz bez precedensu!
Młodzi licealiści cichaczem przekradają się do założonego w Krakowie Jazz Clubu „Helikon”, tam mogli się otrzeć o swoich idoli – Komedę, Trzaskowskiego, Wróblewskiego, Karolaka, Kurylewicza, Makowicza, Stańkę. Zakładają kwartet. Dla Janusza wzorem do naśladowania stali się najwybitniejszy w tamtych latach polski perkusista Andrzej Dąbrowski.
W 1967 r. Stefański jest już studentem krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej. Atmosfera na uczelni jest również przychylna jazzowi. „Mój profesor perkusji Józef Stojko pozostawiał mi ogromną swobodę. Popierał moją działalność jazzową, na równi z zapoczątkowaną jeszcze w Liceum współpracą z zespołem MW-2, który grał muzykę awangardową, m.in. naszych wykładowców Bogusława Schaeffera czy Krystyny Moszumańskiej-Nazar. Podczas egzaminu końcowego z fortepianu grałem m.in. Koncert włoski Bacha, lecz również jazzowy standard My Funny Valentine i nikogo to nie gorszyło”.
(...)
Koncert dyplomowy z perkusji odbył się w 1972 r. w Filharmonii krakowskiej i było o nim głośno w prasie. W programie znalazły się Etiudy na perkusję solo Moszumańskiej oraz Szkice II i Koncert podwójny na pięć solistów i orkiestrę jazzową Jana Jarczyka, który zdawał tego samego dnia (p. Jazz Forum nr 22/1973, str. 30–31).
Już cztery lata wcześniej zainteresowania Stefańskiego muzyką awangardową zaprowadziły go na estradę festiwalu „Warszawska Jesień”, gdzie wziął udział w wykonaniu „Interpretacji” na flet, taśmę magnetofonową i perkusję Moszumańskiej. Jego gra zachwyciła wtedy Jerzego Waldorffa. Stefański uważa, że muzycy jazzowi radzą sobie z muzyką współczesną lepiej niż muzycy klasyczni:
- Jazz zwiększa możliwości abstrakcyjnego odczytywania znaków kompozytorskich nowej muzyki. Tych znaków w muzyce klasycznej nie było, więc muzyk wykształcony klasycznie ma duże trudności. Natomiast jazzman ma co dzień do czynienia ze znakami nieklasycznymi, które sugerują jakieś określone wykonawstwo. Te znaki, uzupełnione często komentarzem słownym, są niemal od razu zrozumiałe dla jazzmana. Poza tym jazzman ma inny stosunek do czasu. W muzyce klasycznej znak fermaty jest kontrowersyjny. Niejedną pracę teoretyczną napisano na temat fermat u Chopina: jak długo je należy wytrzymywać. Kompozytorzy współcześni często w ogóle nie sugerują możliwości swobodnego obchodzenia się z czasem. W tym żywiole muzycy jazzowi czują się pewnie, podobnie jak wtedy, gdy kompozytor spodziewa się od wykonawcy inwencji improwizatorskiej. Muzyk jazzowy wyczuje, że to jest dużo chaosu, a tam jest za mało napięcia; że można frazę rozciągnąć, a tam można by ją skrócić, a jak? On to wie. Klasycy nie są przygotowani do rozwiązywania takich problemów.