THE QUARTET 1977 - 1981

W 1977 roku powstaje zespół The Quartet, w którego skład weszli pianista Sławomir Kulpowicz, basista Paweł Jarzębski oraz perkusista Janusz Stefański. The Quartet postrzegano jako zespół bez lidera, złożony z wybitnych indywidualności muzycznych, a jego repertuar tworzyły głównie kompozycje Kulpowicza oraz Szukalskiego. 

Tomasz Szukalski - tenor sax

Sławomir Kulpowicz - electric piano

Paweł Jarzębski - bass

Janusz Stefański - drums

W rozmowie z Krystianem Brodackim "zazdroszczę saksofonistom" Jazz Forum 66 4/1980 Janusz Stefański mówił: — Wreszcie gram to, o czym od dawna myślałem — mówi Stefański. — Okazało się, że najwięcej emocji wyzwala we mnie granie w takim właśnie zestawie instrumentalnym, że najbardziej mnie odpowiada estetyka zbliżona duchem do Coltrane’a. Gram tu wolniej niż w poprzednich formacjach, muzyka nasza pozwala na dynamiczne współgranie wszystkich instrumentów, na wręcz solistyczne traktowanie perkusji. Wreszcie nie jestem już akompaniatorem, ponoszę równie wielką odpowiedzialność za ostateczny wyraz utworu.

Roman Kowal na łamach Jazz Forum nr 63 1/1980 tak relacjonował koncert the Quartet podczas Jazz Jamboree 24-29.10.1979: I teraz zespół-legenda, czterech muzyków ogromnie ambitnych, pracowitych, bezkompromisowych, o sporym już stażu i doświadczeniu, czyli The Quartet. Podstawę jego tworzy Janusz Stefański, łączący muzyczną inteligencję i wrażliwość barwową z intensywnością gry Elvina Jonesa. The Quartet wykonał same utwory Kulpowicza i już pierwszy z nich, Mr. Person, z Tomaszem Szukalskim na saksofonie sopranowym, zmiótł niemal słuchaczy z sali koncertowej. „Coltrane generation” nie żartuje! W Asha po powolnym i mozolnym wstępie Pawła Jarzębskiego na kontrabasie przejaśniło się i błysnęło, niby w Haydnowskim Und es ward Licht, po to by akcja mogła zacząć piąć się pod muzyczną górę, tym razem z saksofonem tenorowym u steru. A potem — surrealizm klarnetu basowego, który w rękach „Szakala” płacząc i krzycząc zahipnotyzował słuchaczy (Trane People), by wybuchnąć eksplozją coltrane’owskiego rytmu. Nasuwa się wniosek: po ostatnich wojażach koncertowych do Polski powrócił zespół w pełni dojrzały i skrystalizowany.

W wywiadzie pt. "Zazdroszczę saksofonistom" Jazz Forum 66 4/1980 Krystian Brodacki zacytował: Wiem, że mam jeszcze w sobie mnóstwo brudu do wyrzucenia. Tak więc granie jest dla mnie jednym ze sposobów pozbycia się tego brudu. Jednym ze sposobów bycia sobą.

Zapoznawszy się z powyższą wypowiedzią Stu Martina, Janusz Stefański reaguje natychmiast. - Tak jest! Całkowicie się pod tym podpisuję. Grę traktuję jako oczyszczenie, jako wyładowanie agresji. Nigdy się z nikim nie biłem, ale niejedno moje granie dałoby się sprowadzić do walki. Walki z kimś lub czymś. W życie jest miejsce na wyrażenie takich nastrojów. Właśnie to mnie w tej muzyce najbardziej fascynuje. I w jaki sposób muzyk wyraża swój nastrój zależy od jego temperamentu. Ja lubię walczyć, może ktoś inny wyraziłby to samo grając pianissimo szczotkami. Elvin Jones gra w balladzie tak, że bębny aż jęczą, mało się nie rozlecą. Ale ballada jest, tylko tło psychiczne inne. Ballady Coltrane'a z Elvinem można puszczać z dzieciom na dobranoc, mimo że się tam przetaczają całe lawiny dźwięków.

Jazz jest cholernie poważną muzyką, choć jest w nim miejsce i na zabawę, i na wszystko. Inaczej gram, gdy jest mi dobrze, inaczej, gdy czuję się źle. 

Janusz „Szczepan” Stefański, jeden z czołowych perkusistów Europy jest członkiem zespołu The Quartet. Jest to grupa wyjątkowo pasująca do jego temperamentu i obecnego stanu ducha. Tomasz Szukalski, Paweł Jarzębski i Sławomir Kulpowicz, współliderzy kwartetu, to ludzie podobnie bezkompromisowi, o poważnym, niemal misyjnym podejściu do uprawianej sztuki. W równym stopniu zafascynowani estetyką muzyczną Johna Coltrane’a. W tych warunkach Stefański może nie tylko pograć, lecz i powalczyć. Patrząc na niego podczas koncertu mamy przed oczyma obraz artysty zmagającego się z materią muzyczną, który umyślnie zagęszcza rozwidlone ścieżki w swym ogrodzie, aby chwilę potem przedrzeć się przez stworzony przez siebie labirynt w bitwie z bębnami, z talerzami, z rytmem, z czasem. Walka podporządkowana jest z regułą przyjętego przez kwartet artystycznego kodeksu, ciosy nie są rozdawane na ślepo, sola Stefańskiego (właściwie również akompaniując Stefański gra solo) przy całej swej ekspresji mają wyczuwalny ogólny plan - tym większa emocja dla słuchacza. Każde rozwiązanie rytmicznego węzła ma posmak dramatu, każda kumulacja powinna być orgazmem. 

Ostatnio był Stefański wraz z kwartetem w USA. Dzięki wydatnej pomocy PAA „Pagart” pojechali do Nowego Jorku na koncert promocyjny, który odbył się w klubie Village Vanguard. Koncert bardzo się podobał, kwartet przyjedzie tam ponownie już na dłużej. W repertuarze zespołu przeważają piękne, lecz trudne kompozycje Kulpowicza, trudne nawet dla tak doświadczonego perkusista jak Stefański. Przywiązuje on wielką uwagę do tego co się dzieje, nie tylko do tego jak się gra. 

- Niektóre tematy działają do wewnątrz, odbierasz je jako coś ci bliskiego i angażujesz się w nie głębiej. Inne mogą być bardzo ładne, są dobrze skomponowane, gra się jest przyjemnością, ale przepływa jakby obok, na zewnątrz. Oczywiście wolę te pierwsze, choćby trzeba było się z nimi zmagać. To lubię. Takie na przykład Yesternow Message Kulpowicza, jest to utwór cholernie trudny dla perkusisty. Po wielu graniach noszę w wyobraźni jego kształt doskonały, lecz nie zawsze, nie na każdym koncercie wystarcza sił psychicznych i fizycznych by podobać wielkości zadania. 

- Może ten właśnie utwór byłby dobrą iluminacją i ilustracją problemów współczesnego perkusisty. Może więc powiesz o nim coś więcej.

Zaczyna się z sforzandem perkusji, fortepianu i basu na niskim „e”, po czym dźwięk ten jest zatrzymany na jednym poziomie dynamicznym. Bas gra arco, bębny tremolo na niskich kotłach. Fortepian koloryzuje wokół ”e”. Na tym tle pojawia się bardzo liryczny temat, grany przez saksofon tenorowy ad libitum. Ośmiotaktowy bridge wprowadza w ciężki coltranewsko-elvinowski timing. Solo piana, solo saksofonu. Po kilku chorusach w zależności od napięć wytworzonych przez tenor przestaje grać fortepian. Potem wyłącza się bas, bębny zostają w duecie z saksofonem. Nadal utrzymują timing, ciąg dalszy zależy od sposobu rozegrania przez nas duetu. Bywa często tak, że następuje rozbicie rytmu. W momencie, gdy osiągniemy szczytowe napięcie, dołączają pozostałe instrumenty i z maksymalną ekspresją gramy ponownie temat ad libitum, który zamyka formę utworu. Muszą reagować na wszystko, na dynamikę, melodykę, harmonię. 

- Paul Motion mówi na łamach Jazz Forum o harmonicznym traktowaniu perkusji.

Tak, gdy przestaje grać bas przez odpowiednią artykulację instrumentów niskobrzmiących, jak gdyby go zastępują. Podporządkowują się generalnej zasadzie, że gdy instrument melodyczny prowadzi swą linię ku górze, basista powinien schodzić w dół, by zachować równowagę pasma. To samo staram się robić na perkusji, skoro nie ma basu.

A ponieważ nie ma też fortepianu, muszę grać gęściej. Nie uzyskam napięcia grając tylko na dwóch talerzach. Tak, muszę zakomponować całość, by mi to brzmiało w całym paśmie i tylko strzały w talerze dają chwilowe wyjaśnienie.

Granie w duecie można nazwać wzajemnym inspirowaniem się. Jeśli melodyk uporczywie rozwija jakieś frazy, a ja go nie poprę w podobny sposób napięcie zacznie siadać. W Yesternow Message problem mój polega na tym, aby pamiętać o całości utworu, wytrzymać napięcie do końca i doprowadzić do kulminacji we właściwym miejscu.

Wideo